Blog

laptop-2055522_1920

Opowiem Wam moją historię. I choć nie będzie bajką, z powodzeniem mogłabym ją zacząć tak: „Dawno, dawno temu…” I nie byłoby w tym kłamstwa, tyle, że zamiast księżniczki byłaby zwykła dziewczyna, a zamiast rzuconego przez złego czarnoksiężnika zaklęcia – ZAKLESZCZENIE…

A zatem, zacznijmy tak: 

To był naprawdę piękny słoneczny dzień. W nogach kilkadziesiąt przejechanych kilometrów. Pot oblepiał mnie dokładnie calusieńką. Ale upał już zelżał i teraz siedziałam sobie oparta wygodnie o drzewo i patrzyłam na sennie falujące jezioro. Odsuwałam od siebie myśl, że trzeba się ruszyć i rozbić namiot zanim zrobi się ciemno…

No dobra, wstaję! Trzeba się w końcu ruszyć, bo inaczej spędzę tę noc pod gołym niebem… choć może nie byłoby to aż tak złe… Wstałam jednak i zaczęłam otrzepywać to, co przykleiło się do mojego spoconego ciała. Ziemia, źdźbła trawy, igliwie, zwiędłe liście… i jakiś czarny niewielki “paproszek” pod kolanem, który za nic nie chciał się odczepić. Uparł się, cholera jasna, że tam zostanie, ale dałam mu radę – po prostu zdrapałam go paznokciem.

Zawsze marzyłam o takiej wakacyjnej wyprawie – wsiąść na rower i jechać przed siebie bez konkretnego celu, poza wyznaczonym szlakiem. Nie spieszyć się, nie planować… Rozbić namiot tam, gdzie mi się spodoba, gdzie zawiedzie droga. Bez mapy, bez wcześniej wyznaczonej trasy… bez spiny… Kwintesencja odpoczynku. Zielonogórskie wydało mi się do tego odpowiednie. Lasy, jeziora… Gdzie nie spojrzeć, tam zachwycające widoki, no i brak zbyt dużych wzniesień do pokonania… O to mi właśnie chodziło.

I rzeczywiście było pięknie. Tak jak sobie wymarzyłam. Nie wiedziałam jednak, że do dziś tak dokładnie będę pamiętać ten urlop i to drzewo nad jeziorem, choć minęło już ponad dwadzieścia lat…

Wróciłam do pracy. Usiąść za biurkiem nie było łatwo, ale rzuciłam się w wir pracy. Powoli zaczynałam zapominać, że w ogóle były jakieś wakacje, kiedy pod moim kolanem odkryłam jakieś zaczerwienienie. Ale kto by się tym przejmował, no bez przesady. Czerwona plamka była naprawdę blada i czasami wydawało mi się, że w ogóle jej nie widzę, a czasami, że regularnie się powiększa. Nie bolała jednak i była tak mało widoczna, że… postanowiłam ją zignorować. No dobra, nie było to zbyt mądre, ale byłam wtedy wegetarianką i fanką zdrowego stylu życia i nie zamierzałam ganiać po lekarzach z byle powodu. W ogóle nie zamierzałam – nie cierpiałam tego.

Trochę mnie jednak zaskoczyło, że w środku lata dostałam gorączki i rozchorowałam się naprawdę porządnie. Żadne czosnki, cytryny, miody i syropy cebulowe nie dały temu rady i w końcu jednak trafiłam do lekarza. Takiego bólu gardła, stawów, głowy, mięśni nie sposób było zignorować. Lekarz jak to lekarz, coś tam przepisał, choć nie widział wskazań do antybiotyku. Moją czerwoną powiększającą się plamą pod kolanem też się nie przejął, choć zajmowała już prawie pół nogi (ale była tak bladoróżowa, że naprawdę nie wyglądała groźnie…).

Nie powiem, że uporanie się z tym “przeziębieniem” było proste. Do tego wszystkiego zaczęło mi się wydawać, że coś się dzieje z połówką mojej twarzy. Tak jakbym jej nie czuła, jakbym nie słyszała na jedno ucho… I tak ja, przeciwnik “ganiania po lekarzach” trafiłam do laryngologa. Pooglądał, popukał w moje czoło, pozaglądał i uznał, że wszystko w porządku, że to mi się tylko wydaje… Wtedy po raz pierwszy poczułam się jak kretyn. Albo hipochondryczka, co w gruncie rzeczy na jedno wychodzi. Nie wiedziałam jednak, że to uczucie będzie mi towarzyszyć przez kolejne długie lata…

cdn.

Zakleszczona

Skoro lekarze powiedzieli, że jestem zdrowa, to zdecydowanie postanowiłam zająć się życiem, a nie wynajdywaniem sobie chorób. Grunt to dobre nastawienie! Postanowiłam więc, że nie będę myśleć o tym, że cośkolwiek jednakowoż nie do końca dokładnie słyszę na jedno ucho, a i widzenie mi się zdecydowanie pogorszyło… Czasami jakbym podwójnie widziała… Nie pójdę jednak do okulisty, bo znowu się okaże, że sobie to wymyślam. Lepiej pójdę w góry.

Ponieważ jesień zaczęła się zbliżać do mojego sennego miasteczka dużymi krokami, Rudawy Janowickie wydały się oczywistym wyborem. Ci, którzy widzieli je w październikowej odsłonie zrozumieją, tym którzy ich nie znają, nie sposób odmalować ich barw, zapachu – całego uroku – samymi tylko słowami. Mogę tylko powiedzieć: wybierzcie się tam. I to koniecznie w październiku. Najlepiej, kiedy będzie świeciło słońce.

Szłam więc sobie, szurając nogami zanurzonymi po kostki w bukowych liściach, kiedy uświadomiłam sobie, że coś jest jednak nie tak… Tylko, o co właściwie chodzi? Że dyszę? Że grzeję tyły? I właściwie dlaczego aż tak trudno mi się idzie? Jakoś cholernie ciężkie te liście się zrobiły, czy co?

Kiedy się jednak porządnie skupiłam, wyszło mi na to, że po prostu okrutnie, ale to okrutnie jestem zmęczona i bolą mnie nogi. Stawy? Mięśnie? Kości? Nie miałam pojęcia, ale wiedziałam, że chcę już do domu, a jedyne, o czym marzę, to położyć się na sofie. Chęć natychmiastowego położenia się była tak dojmująca, że już nawet nie próbowałam dotrzeć do zamierzonego celu, ale najkrótszą drogą zeszłam z gór. Gdybym tego nie zrobiła, pewnie położyłabym się na najbliższej kupce listowia.

No i pięknie, nie dość, że hipochondryczka, to na dodatek leniwa. Pokonana nie przez K2 przecież, ale przez niespełna 1000-metrowe góry… Pięknie, po prostu pięknie!

Żeby o tym nie myśleć rzuciłam się w wir pracy. Minęło kilka dni od porażki w górach, kiedy tuż przy mojej firmie pojawiła się wielka reklama: “Nowo powstałe laboratorium oferuje nowatorskie metody badań … bla bla bla… borelioza”. Wśród wielu innych, jak wół reklamowali tam badania na boreliozę.

I chociaż nie kojarzyłam tej czerwonej plamy na nodze z kleszczem, chociaż żaden lekarz nie rzucił hasła “rumień”, chociaż ani jeden nie zapytał, czy aby nie użarł mnie kleszcz, jakaś lampeczka zapaliła się jednakowoż w moim mózgu, coś jakby mi zaświtało… Tak, wiem, teraz wszyscy wszystko wiedzą i są tacy mądrzy, bo mają Internet, ale ja – choć trudno w to uwierzyć – żyłam w czasach przedinternetowych, dla niektórych tożsamych z czasami, kiedy lawa zastygała, kształtując skorupę ziemską. W każdym razie nic o boreliozie nie wiedziałam, dosłownie NIC, oprócz tego, że mogę ją załapać od kleszcza. A ciąg moich myśli był następujący: paproszek pod kolanem, to mógł być kleszcz, jak to był kleszcz, to mam boreliozę, jak mam boreliozę, to muszę zrobić badania, żeby mieć pewność.

Poszłam więc do lekarza, żeby o tym pogadać. Usłyszałam, że mam nie przesadzać, a te badania, to pewno jakieś nowinki, na których prywatne laboratorium chce tylko zarobić, w każdym razie on nie może mi dać żadnego skierowania. Ale ja, choć ani jednej rzeczy, która mi się przytrafiła nie kojarzyłam z boreliozą (ani plamy pod kolanem, która rosła i rosła i w środku stawała się jaśniejsza, a na obrzeżach ciemniejsza, ani “przeziębienia”, ani problemów z “paraliżem” twarzy, ani niedosłuchu, ani problemów z widzeniem, ani bólów nóg, ani bezustannego obezwładniającego zmęczenia) z jakiegoś powodu uparłam się na te badania.

I zrobiłam je. Bez lekarskiego skierowania.

cdn.

Zakleszczona

Był wczesny jesienny, pachnący liśćmi poranek, kiedy nieco onieśmielona przekroczyłam próg laboratorium. Onieśmielona, bo takiego miejsca ja, mieszkanka nie tak znowu dużego miasteczka (pamiętająca czasy zgrzebnego socjalizmu) wcześniej nie widziałam. Wczesne lata dziewięćdziesiąte ubiegłego stulecia miały swój urok – tyle rzeczy było nagle nowością. Nowością też było takie laboratorium. Lśniące czystością, z piękną poczekalnią i uśmiechniętą, miłą panią w recepcji. Chyba takie “uśmiechnięte, miłe panie” za ladą były największym i najmilszym zaskoczeniem przemian ustrojowych w Polsce…

Ale do rzeczy. Powiedziałam po co przyszłam, pani ze zrozumieniem wysłuchała, zapytała skąd pomysł, żeby zrobić badania właśnie na boreliozę, dopytała czy miałam kleszcza i tak sobie miło pogawędziłyśmy o tym, jaka to straszna choroba, ale, jak to oni są nowocześni, jak śmiałe metody stosują, jak nie mają sobie równych i jak to na pewno wszystko stanie się niebawem dla mnie jasne. I jak to na pewno jestem zdrowa.

Było tak miło, że nawet na wydrenowanie mojego portfela i na sam moment pobrania krwi niespecjalnie zwróciłam uwagę. Teraz tylko musiałam czekać, bo moja krew wraz z innymi próbkami miała zostać wysłana do Wrocławia (superlaboratorium samo takich badań nie robiło, tylko korzystało z usług innego superlaboratorium, o którym usłyszałam, że jest takie “super”, że już bardziej być nie może).

Zaczęłam więc czekać… Chodziłam do pracy i… czekałam. Gotowałam obiad i… czekałam. Spotykałam się z przyjaciółmi i… czekałam. Szłam do kina i… czekałam. W każdym razie borelioza wracała do mnie, jak bumerang niemalże każdego dnia i o każdej porze. A co, jeśli ją mam? Rany! Byłam o krok od paniki, choć nadal nie łączyłam jej z tym, co się ze mną dzieje (problemy z oczami, uszami, stawami, sercem, zmęczeniem). Była raczej takim wyimaginowanym, bliżej niesprecyzowanym potworem, którego zaczynałam panicznie się bać (odwrotnie proporcjonalnie do czasu, który pozostawał do odebrania wyniku badania – im bliżej, tym panika stawała się większa). Kiedy mój lęk zaczął już nieuchronnie zbliżać się do zenitu, zatelefonowała miła pani z laboratorium, że wynik jest do odbioru.

Pognałam tam w te pędy, rzucając wszystko w cholerę, tak byłam ciekawa, czy wyrok na mnie zapadł czy nie. Z miny pani próbowałam wyczytać, czy jest dobrze czy wręcz przeciwnie. Ale pani jak zawsze była “profesjonalnie” uśmiechnięta. Jasny gwint, już by przestała z tą uprzejmością. Nawet dobre konsekwencje zmian ustrojowych czasami mogą wkurzać. Drżącymi rękoma otwierałam kopertę (dobra, rozrywałam ją na strzępy). Karteczka ze środka czarno na białym informowała, że…

Boże, jaka ulga! JESTEM ZDROWA! Nie mam boreliozy!

I po co się tak denerwowałaś, kretynko! Po co to czekanie zamieniłaś w jakąś cholerną boreliozową udrękę. Teraz zapomnij o sprawie! Żyj! Po prostu żyj! Jakie znaczenie ma, że ból stawów nie daje ci spać albo wybudza cię w nocy ze snu, że coś się dzieje z twoim słuchem, że czasami widzisz podwójnie, że serce wyczynia ci dziwne brewerie, że nie masz nawet ćwierć wieku, a wejście po schodach bywa dla ciebie niekiedy wyzwaniem, że myślisz o sobie, że jesteś najbardziej leniwym stworzeniem pod słońcem, bo do sprzątania własnego mieszkania podchodzisz, jak do zdobycia Mont Blanc, a później dokładnie właśnie tak się czujesz, jakbyś co najmniej zdobyła czterotysięcznik… Nieważne! To wszystko jest nieważne!

Najważniejsze, że JESTEM ZDROWA! Najważniejsze, że nie mam boreliozy. Lekarze mieli rację. A ja byłam przewrażliwiona. Teraz się uspokoję. Będę sobie po prostu żyć. OK, mogę nawet przyjąć do wiadomości, że jestem hipochondryczką. Niech już będzie.

Najważniejsze, że jestem zdrowa.

cdn.

Zakleszczona

Skoro więc na bank jestem zdrowa, naprawdę muszę się zająć życiem. Mąż, dzieci i te sprawy… Czas na to najwyższy. Studia ukończone, mieszkanie jest, ślub był, po co się koncentrować na jakichś chorobach, skoro życie przede mną…

Ciąża była spełnieniem marzeń. Będę się zdrowo odżywiać, dużo spacerować, ćwiczyć, pójdziemy do szkoły rodzenia… Będzie cudownie!

Coś jednak dziwnie się czuję… Tak, wszyscy na początku są nieco zmęczeni. To hormony. Dobrze, że mam takie warunki w pracy, że mogę się zamknąć od wewnątrz i… trochę pospać w fotelu. Pracę sobie wezmę do domu i dokończę wieczorem. Ale czy to na pewno normalne, że aż tak jestem zmęczona? Dobra, nie wydziwiaj. Normalne. Nie doszukuj się znowu czegoś niedobrego. Nie zaczynaj od początku jazd, że coś jest nie tak, że pewnie jesteś chora… Ale wszystko mnie boli, nie mam siły chodzić… “To normalne, ciało się zmienia. Niech się pani tylko zrelaksuje. Naprawdę nie ma się czym martwić”. Skoro mój ginekolog się nie martwi, to ja też nie będę. Ale… Nie, nie będę! Ale… Nie! Wszystko będzie dobrze!

“Wydaje się, że sytuacja jest już opanowana” – słyszę w nocy na szpitalnym korytarzu, gdzie czekam, aż wszystkie papierki zostaną wypełnione, żebym mogła przejść do sali, na której przez jakiś czas zostanę. Bezwzględne leżenie – to mnie czeka w najbliższym czasie. Może nawet do końca ciąży. Kroplówki non stop i zakaz wstawania. Nawet do toalety. No to szkołę rodzenia, ćwiczenia i całą resztę szlag trafił. Nieważne, byle tylko dziecko było zdrowe. Ja wytrzymam. Nieważne, że miesiące spędzę w szpitalu, nieważne, że popłaczę nocami do poduszki. Nieważne. Byle dziecku nic nie było. Byle donosić ciążę. A nawet jeszcze nie skończył się pierwszy trymestr…

Drzewo za moim szpitalnym oknem najpierw z zielonego zrobiło się nieco żółte, po czym zbrązowiało, aż w końcu zupełnie straciło liście. Gałązki pokryły się śniegiem. Mogłabym nagrać film przyrodniczy, bo nuda powodowała, że wgapiałam się w nie godzinami. To jedyne, co miałam do roboty, nie licząc zamartwiania się. Pocieszające było jednak, że to ze mną było coś nie halo, bo dziecko rozwijało się prawidłowo. Od czasu do czasu postanawiało, co prawda, że wcześniej pojawi się na tym świecie, ale lekarze skutecznie wybijali mu to z głowy. Dlatego musieli być pod ręką w każdej chwili i dlatego spędzałam ciążę w szpitalu z krótkimi lub nieco dłuższymi przerwami na dom.

W końcu na kilka tygodni przed planowanym porodem odzyskałam wolność. Miałam dziesiątki planów, co zrobię, jak już nie będę musiała leżeć, ale rzeczywistość szybko je zweryfikowała. Prawda okazała się brutalna – nie byłam w stanie sama wejść na pierwsze piętro do mojego mieszkania. Moje mięśnie odmówiły posłuszeństwa. Trzeba było powoli, powolutku pracować nad ich usprawnieniem.

Mała urodziła się błyskawicznie w mroźną zimową noc. I tak już jej zostało, że nie lubiła kiedy jej rodzice śpią. I nieważne czy mowa o dniu czy o nocy. Ten nieustanny brak snu nie sprawiał, że moje samopoczucie się poprawiało. O, nie! Miałam jednak mniej czasu, żeby o tym myśleć. Tym bardziej, że w tym czasie, co jakiś czas trafiłam do szpitala. Jakoś tak wychodziło… Ale tak już do tego przywykłam, że stało się to moją rzeczywistością, choć nie miałam nawet trzydziestu lat.

Dobrze jednak, że nie miałam boreliozy.

O wiele gorsze było to, że z Małą zaczęły się dziać dziwne rzeczy.

cdn.

Zakleszczona

Więc Mała nie spała i płakała, płakała, płakała… Nieważne czy to był dzień, czy noc. A mnie zastanawiało, kto wymyślił to kretyńskie powiedzenie: “Śpi jak niemowlę”? A także: Czy robię coś nie tak? Czy ona jest chora? A w skrajnym zmęczeniu wszystkie te pytania zamykały się w jednym: Dlaczego? A że “skrajne zmęczenie” było stanem permanentnym, “dlaczego?” też mnie nie opuszczało.

Rzecz w tym, że ani ja, ani nikt inny nie znalazł odpowiedzi na to pytanie. Żaden lekarz, do którego się z nią udałam. Żadne badania, także te, za które zapłaciłam majątek… “Taka jej uroda” – słyszałam najczęściej, “wyrośnie z tego, cierpliwości”. Gdybyż o cierpliwość tylko chodziło… Ale ja naprawdę wiedziałam, że “coś jest nie tak”. I to “coś” zamanifestowało się któregoś razu wraz z krwią w pieluszkach. Z czasem było coraz gorzej. I coraz więcej krwi, aż w pieluszkach nie było już innej zawartości oprócz krwi. Przewód pokarmowy, mimo wyłącznego karmienia piersią, z jakiegoś powodu odmówił Małej posłuszeństwa.

Lekarze, oczywiście, rozkładali ręce. Nie wiedzieli, o co chodzi, bo w badaniach wszystko było OK. Wciąż mnie uspokajali, a ja wciąż rzucałam im na biurka pieluszki pełne krwi, mimo, że moja dieta jako matki karmiącej była już tak restrykcyjna, że chyba bardziej nie było można. I tak ta “zabawa” trwała, aż zrozumiałam, że nie znajdę pomocy, ani odpowiedzi na pytanie, co się dzieje z moim dzieckiem (choć to nie znaczy, że przestałam szukać).

A trop “borelioza wrodzona” absolutnie nie mógł mi przecież przyjść do głowy, bo skoro sama miałam czarno na białym, że jestem zdrowa, to jak mogłam pomyśleć, że za te brewerie wyprawiane z moim dzieckiem odpowiada krętek. Ba, nawet dziś wielu medyków, jak niepodległości broni tezy, że coś takiego jak “borelioza wrodzona” nie istnieje. Jest fikcją.

Żyłyśmy sobie zatem w tej “fikcji”, tym matriksie zdrowia, w bezustannych wędrówkach po specjalistach z różnych dziedzin medycyny, słysząc na ogół, że “jesteśmy zdrowe”. Ja “nie chorująca” na boreliozę, mimo objawów rumienia, i moje dziecko “bez wrodzonej boreliozy”, które między pierwszym a drugim rokiem życia nie przybrało na wadze ani grama.

W pewnej chwili, kiedy już zdawało się, że lada moment zejdę z tego świata ze strachu o Małą, usłyszałam od lekarza: “Niech się Pani nie martwi, najważniejsze, że nie traci na wadze…” Ale ja się niepokoiłam. Z czasem wręcz szaleńczo. Choć to “szaleństwo” w moim przypadku manifestowało się głównie w nieodpuszczaniu, czyli wciąż szukałam jakiejkolwiek odpowiedzi; przyczyny tego, co się dzieje. Były więc szpitale, listy do ministerstwa zdrowia (wiem, wiem: wariactwo, ale czego nie robi matka walcząca o zdrowie własnego dziecka), dziesiątki przeczytanych książek… I nic. Żadnego tropu.

Czyli mamy tak: zero alergii, zero nietolerancji pokarmowej, zero wad przewodu pokarmowego, większość chorób wykluczona z celiakią na czele, a dziecko niemalże niczego nie może zjeść. W tym czasie zaimponował mi jeden z niezwykle cenionych gastroenterologów, na wizytę u którego czekałam baaardzo długo. Słuchał, słuchał, badał, badał, aż w końcu powiedział: “Nie mam zielonego pojęcia, co to może być, ani nawet pomysłu”. To była naprawdę miła odmiana na tle ogranego ponad miarę: “Taka jej uroda”.

Ale ja już w tym czasie byłam megaspecjalistką od kupek mojego dziecka i nie łapałam się już na “taka jej uroda, trzeba zostawić ją w spokoju”. Metodą prób i błędów zaczynałam łapać, co mogę jej dać do zjedzenia, czego absolutnie nie. Wszystkie teorie i zalecenia lekarskie niestety musiałam odrzucić i zacząć wszystko od zera. Wiedziałam, że zostaję z tym zupełnie sama. I, wbrew wszelkim wynikom badań, wiedziałam, że jest chora, choć nie wiedziałam na co. Zdecydowałam więc, że nie wrócę do pracy po urlopie wychowawczym, ale zostanę i wezmę udział w tej wojnie o zdrowie mojego dziecka. Choć bądźmy szczerzy, sił do walki we mnie było, jak na lekarstwo, no i jak walczyć z wrogiem, którego się nie zidentyfikowało?

Tak czy inaczej – w mniejszej lub większej gotowości bojowej, sama mniej lub bardziej chora – stanęłam jednak na szańcu.

cdn.

Zakleszczona

Wojna o zdrowie Małej trwała w najlepsze. Działania dotyczyły tylko objawów co prawda, bo przyczyny nadal były nieznane, ale i tak pojawił się sukces: Mała zaczęła przybierać na wadze. I o ile o młodych matkach mówi się (na ogół w pejoratywnym wydźwięku), że mogą tylko rozmawiać o “zupkach i kupkach”, to ja osiągnęłam w tym prawdziwe mistrzostwo. Szczególnie, kiedy w końcu trafiłam na genialną gastroenterolog, z którą mogłyśmy niemalże bez końca deliberować nad zawartością nocnika mojego dziecka, w którym (co tu ukrywać) grzebanie było moją codziennością🙂 I – żeby nie zakrawało to jakąś perwersję – to nieco usprawiedliwiając się dodam, że to było jej polecenie.

To “grzebanie” – razem z połączonymi siłami nieodpuszczającej matki i słuchającej jej uważnie lekarki – zaowocowało w miarę normalną egzystencją mojego dziecka. “W miarę”, bo skoncentrowana na jednym tak ważkim elemencie, pozwoliłam, żeby umknęło mi kilka pomniejszych problemów. A to, że Mała bardzo słabo sypia; a to, że miewa czasami dziwną “zadyszkę”; a to, że bywa ponadprzeciętnie rozdrażniona…

W każdym razie, kiedy jej kupki zaczęły wyglądać normalnie, a zjedzenie kostki czekolady nie powodowało kilkutygodniowych reperkusji w postaci niekończących się biegunek, przyszedł najwyższy czas na… zafundowanie jej rodzeństwa. Niepodobna, żeby była samotna! Czas wydawał się idealny. No dobra, wtedy tak myślałam, że czas był idealny. Bo moje wszechogarniające zmęczenia kładłam na karb opieki nad dzieckiem. Do ciągłego bólu stawów zdążyłam się przyzwyczaić. Wybudzanie się w nocy z dziką paniką i sercem kołatającym, jakby miało mi zaraz wyskoczyć z piersi, mogło mieć związek ze stresem. Wzrok mi się szaleńczo pogarszał, ale przecież dużo czytałam. Stany podgorączkowe były z przemęczenia. Jednym słowem, nie przesadzajmy – byłam zdrowa. A że już nie nastolatka przecież, to tu i ówdzie coś czasami strzyknie czy zaboli, ale kto by na to zwracał uwagę. Już raczej na to, że zegar biologiczny tyka, a jedynaczki w domu (nawet najsłodszej) jednakowoż mieć nie chciałam.

Dwie kreski na teście ciążowym były więc tylko kwestą czasu. No i się pojawiły! Nie spodziewałam się raczej innego przebiegu ciąży niż poprzednio, może z tą tylko różnicą, że zakładałam mniej łez, bo tym razem byłam psychicznie gotowa na długotrwałe leżenie. I rzeczywiście, okazało się niezbędne, z tą tylko różnicą, że łóżko nie musiało być szpitalne. To na co nie byłam przygotowana, to “przedziwne” bóle nóg, które momentami kompletnie mnie unieruchamiały (nie mogłam nawet dojść do toalety, a to w gruncie rzeczy był mój jedyny “ruch”). To był jakiś taki rodzaj skurczów czy nerwobólów… W każdym razie, zapewne nie będzie niespodzianką, jak dodam, że lekarz nie miał pojęcia jaka jest tego przyczyna i jak temu zaradzić. Nie, nie był to brak magnezu. A że nie chcąc zaszkodzić dziecku, nie serwowałam sobie leków przeciwbólowych, ból się ze mną zaprzyjaźnił. I tak sobie razem dotrwaliśmy do końca ciąży.

Młodemu niezbyt spieszyło się na ten świat (zupełnie przeciwnie niż siostrze), aż w końcu lekarze musieli go nieco “zmobilizować”. Był piękny letni wieczór, kiedy uznał, że skoro nam aż tak zależy, to i owszem może się nawet urodzić. Zrobi nam tę łaskę. Do dziś robienie wszystkiego na ostatnią chwilę, tak nonszalancko, od niechcenia, jest jego znakiem rozpoznawczym.

A co ze mną, jego mamą? Ja nie wiedzieć czemu (nawet nonszalancko czy na ostatnią chwilę) nijak nie mogłam dojść do siebie po tym porodzie. Choć właściwie nie było ku temu widocznej przyczyny. Wyniki badań w normie, nic nie wskazywało na to, że powinnam być tygodniami aż tak wyczerpana, słaba i właściwie słaniająca się na nogach. Ale taka właśnie była rzeczywistość. Dwoje dzieci, ja wiecznie zmęczona i niedomagająca, z przedziwnym około połogowym wysypem mikroskopijnych czerwonych kropeczek na całym ciele, z lekarzami niewiedzącymi o co chodzi i mrówczo pracowitym mężem ogarniającym całość. Rzecz w tym, że to ja chciałam tę całość ogarniać. To ja tęskniłam za takim całkowitym włączeniem się w domową rzeczywistość, to ja czułam, że coś mi umyka i że nie chcę być tylko biernym obserwatorem. Chcę być mamą na pełny etat, a tymczasem jestem… obserwującą świat zza szyby staruszką. Świat, który kręci się bez mojego udziału, bo ja nie mam siły kręcić się razem z nim.

Niestety ta karuzela nie tylko nie zwalniała, żeby ułatwić mi wskoczenie do niej, ale przyspieszyła jeszcze bardziej, gdy okazało się, że Młody ma coś z całą połową ciała (mięśnie jednej nóżki i jednej rączki nie rozwinęły się prawidłowo) i wymaga to i badań, i rehabilitacji…

cdn.

Zakleszczona

Wizyta u neurologa nie przyniosła rozstrzygnięcia. Nie było odpowiedzi na pytanie, dlaczego Młody ma właściwie unieruchomioną jedną stronę ciała, to znaczy dwie kończyny – rączkę i nóżkę. USG mózgu przez ciemiączko nie rozjaśniło sytuacji, oprócz zapewnień, że nie ma właściwie podstaw do myślenia o jakichś poważnych neurologicznych zaburzeniach. Co więc się, do cholery, dzieje? “Nie wiemy, – usłyszałam – ale i tak musimy rehabilitować”.

No więc rehabilitowaliśmy. Najpierw fizjoterapeutka przychodziła do domu, a później, nauczeni przez nią, sami “znęcaliśmy się” nad Młodym. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, to właśnie koniec końców tak to wyglądało. Rehabilitantka mówiła, że to normalne, że dziecko wyje, jak zarzynane prosię podczas tych “ćwiczeń” i pewnie była do tego przyzwyczajona, ale dla matki w połogu było to nie do zniesienia. Szczególnie, że wciąż nie mogłam dojść do siebie po porodzie. Właściwie byłam tak wyczerpana, że samo wstanie z łóżka stanowiło problem, więc każde obciążenie psychiczne znosiłam o wiele trudniej (i intensywniej) niż „normalny” człowiek.

Tak, to był mniej więcej ten czas, kiedy zaczęłam patrzeć na siebie, jak na trochę nienormalną. Zdecydowanie wyskoczyłam z kategorii “normalny człowiek”. Właściwie powinnam być w pełni sił witalnych (wiek by raczej na to wskazywał), a ja snułam się, powłócząc nogami, z trudem pokonując schody, a ugotowanie obiadu czy ćwiczenia z Młodym stanowiły wyzwanie na miarę rozładunku wagonu węgla. Na dodatek zaczęłam się czuć, jakbym była za jakąś szybą i obserwowała świat z zewnątrz. Nie brała w nim udziału. No i ciągle mnie coś bolało, ciągle byłam chora, to gardło, to oczy, to nerki, to stawy, stan podgorączkowy stał się w gruncie rzeczy normą… a w badaniach zawsze wszystko OK. Wariatka, po prostu, to oczywiste…

Ale przecież jest dom i dzieci, to jakoś to trzeba jednak ogarniać, a nie wszystko zostawiać mężowi. Nawet, jeśli się jest wariatką. Więc na miarę swoich możliwości ogarniałam. Mała, “uczulona” na wszystko, co możliwe i niemożliwe, jednak się genialnie rozwijała, bez piętnastu kupek dziennie (czasami się nawet łapałam na tym, że pozwalałam jej kupce spłynąć w spokoju bez rozgrzebania jej i dogłębnego analizowania składu), Młodemu intensywna kilkumiesięczna rehabilitacja zupełnie uruchomiła rączkę i nóżkę, więc nie jest źle. A jeśli nie jest źle, to dlaczego jest… tak ŹLE?

Czy właśnie tak to powinno wyglądać? Czy tak się czuje młoda matka? Czy dla każdej matki zabawa z dzieckiem w berka stanowi wyzwanie, któremu nie może sprostać? Czy każda matka tak intensywnie reaguje na hałas, światło, że nie jest w stanie wytrzymać na hali zabaw, bo aż ją od tego mdli, a rozdrażnienie sięga zenitu?

Nie, zdecydowanie nie byłam normalna. Pytanie tylko, czy to poważne zaburzenie psychiczne? Bo, że jestem “psychiczna” stawało się dla mnie powoli jasne jak słońce. Wiecie jednak, kto nie wierzył w wątek “choroby psychicznej”? Moja nowa lekarka rodzinna, do której trafiłam zupełnym przypadkiem, a która okazała się moim aniołem, a teraz po latach już także przyjaciółką.

cdn.

Zakleszczona

Dzieci rosły, choć chorowały okrutnie. Szczególnie Młody. W repertuarze było i zapalenie oskrzeli, i płuc, i jakaś „megajelitówka” trwająca dziesięć dni z 40-stopniową gorączką przez cały ten czas (wówczas, oczywiście, nierozpoznana prawidłowo, bo po latach – kiedy diagnozowałam mu choroby odkleszczowe – okazała się być jersiniozą).

Jakoś jednak staraliśmy się, mimo wszystko, normalnie funkcjonować. Młody próbował w przerwie między chorobami bywać w przedszkolu, Mała chodziła do szkoły, a ja wróciłam do pracy. Na szczęście miałam nienormowany czas pracy i mogłam, kiedy tylko była taka konieczność, pracować w domu. Inaczej pewnie nie byłoby możliwe pogodzenie pracy zawodowej z tym, co się działo w domu. Pamiętam, na przykład, zimę, kiedy przez trzy miesiące nieprzerwanie byliśmy chorzy i ani razu nie mogłam pojawić się w pracy. Nie wspominając już o moim marnym samopoczuciu, które momentami powodowało, że w ogóle nie byłam w stanie wstać z łózka, więc o wyjściu z domu nie mogło być mowy. W kategoriach cudu patrzę teraz na fakt, że nie wylali mnie z tej roboty.

Tymczasem Mała w szkole szła jak burza, intelektualnie okazała się być małym geniuszem. Niestety, fizycznie w ogóle nie dawała rady. Ani na wf-ie, ani na basenie, bo albo się dusiła, albo była tak słabła, że dosłownie kładła się na bieżni i żadne siły nie były w stanie zmusić jej do wysiłku. A ponieważ lekarze niczego nie mogli znaleźć, w końcu i ja (choć z oporami) starałam się uwierzyć, że “taka jej uroda”. Że z tego wyrośnie… Rzecz w w tym, że wcale nie wyrastała, za to ubłagała mnie, żeby “wypisać” ją z basenu (“naprawdę nie daję rady, duszę się”). Basen nie był obowiązkowy, ale za to lekcje na nim postrzegane jak ósmy cud świata i “dar”, który tylko głupiec może odrzucić. Za tego “głupca” robiłam ja, więc najpierw było przekonywanie mnie, że postępuję “bardzo źle”; jak to nie pomogło, to było o “niewdzięczności”, bo oni tak się starają zapewnić dzieciom wszystko, co najlepsze; a jak ta emocjonalna manipulacja też na mnie nie podziałała, to został wysunięty “ostateczny” argument – “foch” dyrekcji. I to nie byle jaki, ale rzetelny, stały i nieodmienny – trwający do końca podstawówki.

Żyliśmy sobie więc jakoś z nieustannymi tajemniczymi chorobami, fochem nauczycieli na “wiecznie zmęczone dziecko”, moim już trwałym stanem podgorączkowym i coraz częstszą niemocą, która całymi dniami nie pozwalała mi wstać z łóżka oraz wybitnie niską odpornością Młodego. Aż pewnego dnia jednocześnie spadły na mnie dwie niezwykle dramatyczne wiadomości. Tego mój organizm już nie był w stanie wytrzymać. Tak potężny stres moją odporność sprowadził niemalże do zera. Krętki, które już od ponad dziesięciu lat bezkarnie hulały po moim organizmie, po raz pierwszy nie napotykały już chyba nawet cienia oporu z mojej strony. Mój układ odpornościowy się poddał. Ja też. Leżałam więc ciężko chora, wiedząc (mając tego absolutną, wręcz namacalną świadomość), że “coś” mnie opanowało od stóp do głów i że nie jest to “zwykła” choroba. Zresztą nic nie pomagało, kolejne serie antybiotyków zdawały się tylko pogarszać sprawę (pewnie herksowałam). Choroba nie tylko, że nie ustępowała, ale dochodziły wciąż nowe “przedziwne” objawy.

To wtedy chyba po raz pierwszy dotarło do mnie, że jestem naprawdę poważnie chora, że nie jest to zaburzenie psychiczne i że koniecznie MUSZĘ znaleźć przyczynę. Dowiedzieć się, o co chodzi!?

cdn.

Zakleszczona

O wiele łatwiej powiedzieć: “muszę znaleźć przyczynę tego, co się ze mną dzieje”, niż rzeczywiście ją znaleźć. I wcale nie tak prosto dowiedzieć się “o co chodzi”, jak właściwie nie można wstać z łóżka, bo nieustanne dreszcze, ciągłe osłabienie, gorączka, problemy z sercem, oddychaniem, przejmujący ból gardła, stawów, mięśni uniemożliwiają nawet normalne funkcjonowanie w domu, a co dopiero poza nim – w kolejkach do kolejnych przychodni, kolejnych specjalistów, kolejnych laboratoriów i kolejnych pracowni USG…

Tym razem wiedziałam jednak, że nie mogę się już poddać, że stawka jest zbyt wysoka, że chodzi już nie tylko o moje lepsze samopoczucie, ale o moje funkcjonowanie w domu, w pracy, w… społeczeństwie. Bo praktycznie byłam zupełnie wyłączona. Poza… Zaczęłam więc walczyć o mój powrót do… życia po prostu.

Tymczasem po kilku seriach antybiotyków (nie dająca się wyleczyć “angina”) do objawów, które miałam, doszły kolejne. Pojawiły się jakieś guzy w jamie ustnej, na języku i nieustanne stany zapalne, także ślinianek. To wszystko puchło i bolało. W końcu laryngolog przestał mi je przepisywać. I, o dziwo, trochę jakby te objawy się uciszyły. To znaczy po jakimś czasie przestały pojawiać się następne. Stan zapalny wewnątrz jamy ustnej i ślinianek utrzymywał się, gardło i dziąsła bolały non stop, ale zniknęły “guzy”.

Na chwilę odpuściłam więc laryngologa, pozostając wciąż na jakichś smarowidłach i płukankach i spróbowałam zająć się czymś innym: stawami, bo ich przenikliwy ból wybudzał mnie niemalże co noc ze snu. Badania jednak nie potwierdziły, żeby cokolwiek z nimi było nie tak. Reumatolog wykluczył RZS i nie dopatrzył się “żadnych nieprawidłowości”. OK, nieprawidłowości brak, więc co boli? I dlaczego? Trop okazał się fałszywy. Ślepa uliczka.

Zajęłam się więc sercem, a raczej ono mną, bo kilkakrotnie zgarniało mnie pogotowie po akcjach duszności, kołatania, arytmii. Czyż będzie zaskoczeniem, że wszelkie badania (z echem serca i holterem na czele) niczego nieprawidłowego nie wykazały, oprócz porozumiewawczych uśmiechów personelu medycznego, kiedy po raz kolejny zgarnięta przez pogotowie z pracy trafiłam w to samo miejsce, z tymi swoimi “udawanymi” objawami: “Tym razem, to też nie zawał. Niech się pani nie martwi”. Dobra, więc serce też mam zdrowe.

Może więc nerki? Może to wszystko od nerek? Wciąż miałam jakieś stany zapalne przecież, jakieś trudności z pęcherzem moczowym… Może te gorączki, dreszcze, są właśnie od tego? Niech więc będzie nefrolog! “Kostki Pani widać, USG w porządku. Niech się Pani zgłosi, jak kostki będą tak puchły, że ich nie będzie widać. Kontrola za rok.” OK, nie nerki. Więc, co do licha?

Jest rok 2006, lato. Dokładnie 13 lat od chwili, kiedy siedziałam pod drzewem nad jeziorem w Zielonogórskiem; 13 lat od chwili, kiedy zdrapałam jakiś “paproszek” spod kolana, który nie chciał się odczepić. I niemalże tyle samo od chwili, kiedy otrzymałam negatywny wynik badania na boreliozę – potwierdzenie, że nie jestem zakażona Borrelią. Łeb mi trzaska, dreszcze mną trzęsą, zimno mi jak cholera (na dworze upał) w ustach wszystko boli, ręce mi drżą i trudno mi utrzymać kubek z herbatą, bolą mnie nogi i plecy, jest mi słabo i kręci mi się w głowie, ale siadam do komputera, odpalam “doktora Google’a” i w jakimś akcie desperacji wpisuję: “dreszcze, uczucie zimna, ból głowy, kołatanie serca, drżenie rąk”. I jako pierwszy wynik wyszukiwania wyskakuje mi: “Borelioza objawia się bólem głowy, dreszczami…”.

Co jest do jasnej cholery?!? Jaka BORELIOZA się pytam?!? Przecież ja NIE MAM BORELIOZY! Ja mam badanie, na którym czarno na białym stoi, że NIE MAM BORELIOZY! Niech to szlag… To jakiś kretyński dowcip, czy co?

cdn.

Zakleszczona

Super, świetnie, normalnie pierwsza klasa. “Doktor Google” zdiagnozował mnie jako chorą na boreliozę. Mnie, która ma badania potwierdzające, że nie jestem zakażona Borrelią! I co mam z tym zrobić? Udawać, że się nie wydarzyło? Zainteresować tym, powtórzyć badania? Zlekceważyć głupią internetową wyszukiwarkę?

Ale mleko się już rozlało… Zaczynam czytać. Głównie historie innych chorych. Kurczę, jakbym czytała o sobie… Nadal mnie to jednak nie przekonuje. Zbieg okoliczności. Mnie to nie dotyczy. Nie na tyle, żeby powtórzyć badanie. Albo powiedzieć o tym mojej przyjaciółce lekarce. Próbuję wypierać, racjonalizować, udawać, że nic nie przeczytałam, nic nie wiem, każdy objaw tłumaczyć sobie czymś innym. Da się.

Ale w końcu się poddaję. Dzwonię do Stowarzyszenia Chorych na Boreliozę. Dostaję namiary na lekarzy. Dzwonię do jednego z nich, z nadzieją, że usłyszę, że skoro moje badania były negatywne, to nie jestem chora na boreliozę. Słyszę jednak coś zupełnie innego, że badanie, które zrobiłam kilkanaście lat temu nie jest wiarygodne, co więcej najprawdopodobniej zostało zrobione, kiedy jeszcze nie mogły pojawić się przeciwciała, bo było na to za wcześnie. Nie znaleziono ich zatem. Co, więc? Mam powtórzyć badanie? „Po co? – słyszę od lekarza. – Miała pani rumień. Nie potrzeba żadnego innego potwierdzenia, że to borelioza”. Czy mu wierzę? Nie bardzo. Dzwonię do innego lekarza. Ten nie chce rozmawiać przez telefon, proponuje wizytę. Umawiam się, ale wiem, że nie pojadę do niego, bo to prawie pięćset kilometrów…

Jednak pojechałam. Pojechałam, bo coraz więcej czytałam, coraz gorzej się czułam i coraz trudniej było mi stosować mechanizm wypierania… Wizyta była bardzo długa. Długi lekarski wywiad i w końcu diagnoza: ma pani boreliozę i koinfekcje. W grę wchodzą prawdopodobnie: Bartonella, Babesia, Chlamydia. Uparłam się jednak przy badaniach. Jeszcze wtedy nie dałam się przekonać, że tylko diagnoza kliniczna jest tą prawidłową w przypadku chorób odkleszczowych. Na cały panel koinfekcji nie było mnie stać (albo tak sobie wmówiłam, wciąż jednak lekceważąc powagę sytuacji). Zrobiłam boreliozę. Wynik graniczny. Prążki jednak typowe dla późnej boreliozy. Zresztą, co to znaczy graniczny? Albo coś jest, albo tego nie ma. Według lekarzy moje objawy, wywiad kliniczny i sam rumień dawały jednoznaczną diagnozę. Ja jednak chciałam mieć potwierdzenie w badaniach.

Długo się wahałam, czy podjąć leczenie. Przecież nie byłam pewna, czy jestem naprawdę chora. Tak tak, same objawy mi nie wystarczały, chciałam leczyć wyniki badań… Znowu zadzwoniłam do Stowarzyszenia Chorych na Boreliozę, znowu chciałam usłyszeć, że to pomyłka, że jestem zdrowa. Nie usłyszałam. Ale pani, która ze mną rozmawiała zaproponowała spotkanie (mieszkałyśmy w tym samym mieście). Okazała mi wielkie wsparcie. Opowiedziała o sobie, swoim leczeniu, kontrowersjach wokół boreliozy w środowisku medycznym. Na nic nie nalegała, nie przekonywała. Dostarczyła materiału do rozmyślań. I zostawiła mnie z tym i numerem jej prywatnego telefonu „gdybym potrzebowała pogadać”. A potrzebowałam. I to często. Jej dyspozycyjność, bezinteresowność i cierpliwość do dziś pozostają w mojej wdzięcznej pamięci.

W końcu zdecydowałam, że podejmę leczenie. Była to moja świadoma, samodzielna decyzja. Wykupiłam wszystkie antybiotyki, suplementy, leki osłonowe, zioła… Wydałam majątek (to też mnie przerażało, że nie udźwignę tego finansowo). Przyniosłam do domu całą torbę leków. Wyłożyłam to wszystko na stole w kuchni i… rozpłakałam się.

Wiedziałam, po prostu wiedziałam, że nie dam rady, że nie podołam, że nie udźwignę tego leczenia. Herksów, diety, wydatków, systematyczności, regularnych badań… Nie poradzę sobie. Nie z pracą zawodową, domem i dziećmi na głowie… Ale nawet bez tego i tak bym sobie nie poradziła. To mnie po prostu przerosło. To jest ta ściana, ta przeszkoda, przy której zatrzymam się już na dobre. Której nie pokonam. Zostanę przy niej całą resztę dni, które pozostały mi do przeżycia… To jest ta granica, której na pewno nie przekroczę. No zwyczajnie nie dam rady.

cdn.

                                                                                                   Zakleszczona

Siedziałam więc i płakałam. Patrzyłam na stół cały zawalony lekami i płakałam. Co ze mną będzie? Co będzie, jak zacznę to wszystko w siebie ładować? Co będzie, jak nie zacznę tego leczenia? Rany, z tego nie ma wyjścia… Każda z dróg jest beznadziejna…

Minął dzień i drugi, a leki jak zostały wyłożone na kuchennym stole, tak leżały nietknięte. W końcu zaczęło brakować tego stołu, powoli zaczęłam wiec porządkować rozrzucone kartoniki i buteleczki, przeglądać ich zawartość (niektóre tabletki miały ładne kształty i ciekawe kolory – wyglądały tak niepozornie i niewinnie), czytać ulotki, aż w końcu – zmęczona płaczem – nieco się wyciszyłam i dopuściłam do siebie myśl, że może wszystko jakoś się ułoży. Pojechałam do zielarni, kupiłam tygodniowy organizer na leki i porozkładałam je do odpowiednich przegródek (choć było ich tyle, że z trudem się mieściły).

Nie znaczy to jednak, że byłam gotowa, żeby je łykać. Nie. Na razie uporządkowałam tylko stół. Żeby zacząć się leczyć potrzebowałam jeszcze motywacji, no i… zakupów. Przecież dieta nie może być taka sama jak do tej pory. Odłożyłam to jednak do jutra.

Nazajutrz kupiłam trochę zielonych warzyw, kwaśnego mleka, wafli ryżowych i poczułam, że może nie jestem gotowa, ale… raz kozie śmierć. Zaczynam! Z duszą na ramieniu, w totalnej panice, ale zaczynam! Może jednak od jutra…, bo dziś zjem sobie jeszcze z litr lodów i może placki ziemniaczane albo nie, lepiej spaghetti, albo pizzę, albo najlepiej i to, i to. A później jeszcze jakieś ciasto. Brownie, najlepiej brownie, a później eklera i może jeszcze kawałek sernika… Przecież jak już zacznę się leczyć, to będę mogła o tym tylko pomarzyć. Spać poszłam obżarta jak nigdy, ale z mocnym postanowieniem, że jutro będzie moja godzina W.

Pierwsze leki połknęłam na czczo z samego rana. Po pół godzinie zjadłam śniadanie, w trakcie którego znowu coś połykałam. Po jego zakończeniu również, a później po dwóch godzinach, a później znowu i znowu… Cały dzień coś połykałam, pamiętając o odpowiednich godzinach, jadłam tylko w określonych porach i piłam ogromne ilości wody, pamiętając też o kwaśnym mleku. Wieczorem byłam tym tak dokumentnie wyczerpana, że chciałam w cholerę rzucić to beznadziejne leczenie i uciec od tego cholernego reżimu. Matko, tak się nie da żyć! Wszystko, jak na komendę. To gorsze niż koszarowa dyscyplina. A gdzie praca, gdzie sprawy domowe? To jest nie do ogarnięcia. Na nic nie ma czasu tylko na pamiętanie o lekach, picie i szykowanie dietetycznego jedzenia. Koszmar!

O ja naiwna, jak bardzo się myliłam. Prawdziwy koszmar był dopiero przede mną.

cdn.

Zakleszczona

Na „efekty” leczenia nie musiałam czekać zbyt długo. Dosłownie już po kilku dniach zaczęło „się dziać”. Najpierw obudziłam się nad ranem z jakimś koszmarnym atakiem paniki i sercem kołaczącym tak, jakby chciało mi wyskoczyć z piersi. Umieram! Boże, umieram! Powinnam umrzeć na leżąco? Wstać? Gdzieś pójść? Wzywać pogotowie? Budzić męża? Rzecz w tym, że byłam tak sparaliżowana jakimś takim ponadprzeciętnie obezwładniającym lękiem, że nie mogłam zrobić absolutnie nic, tylko czekać aż samo przejdzie, albo… rzeczywiście umrę. Naprawdę tak wtedy myślałam… Że właśnie tak może wyglądać umieranie…

Nie umarłam. Serce powoli się uspokajało, choć kołatało cały dzień. Cały dzień drżały mi też wszystkie mięśnie, tak jakby ktoś nieustannie mną od wewnątrz potrząsał. Z ogromnym trudem przychodziło mi spamiętanie, co i kiedy muszę połknąć, a sprawy nie ułatwiało, że ciągle byłam głodna, bo wiedziałam, czego nie mogę jeść, ale jakoś nie zorganizowałam sobie (nie ułożyłam w głowie) dopuszczalnego jadłospisu. Chodziłam więc na maksa wystraszona, drżąca i głodna. A na dodatek mięśnie rąk miałam tak słabe, że właściwie wszystko mi z nich wypadało. Czułam, że jedyne co mogę robić, to leżeć i rozpaczać. Nie tylko o pracy zawodowej nie było co myśleć (dobrze, że wzięłam urlop), ale także w domu byłam zupełnie wyłączona. Przeleżałam więc na tarasie, patrząc bezmyślnie w niebo i czekając, aż dzień się skończy, albo aż… umrę. Naprawdę wówczas myślałam, że to się stanie niebawem, że nie przeżyję tego leczenia.

Do tego wszystkiego zaczęłam być tak drażliwa, że denerwowała mnie nawet obecność innych w tym samym pomieszczeniu. Denerwowało mnie po prostu wszystko: latająca mucha, pytania Młodego, opowieści szkolne Małej, nie w tym kubku zrobiona przez męża herbata, dzwoniący telefon, odgłosy z ulicy, przelatujący samolot, szczekający gdzieś pies… A już najbardziej pytania: „Jak się czujesz?”. Jak się czuję? Umieram! Tak się czuję! Trzaska mi łeb, boli mnie całe ciało, drżą mi mięśnie, nie czuję rąk, chce mi się płakać, bezustannie chce mi się płakać (!), nie lubię wszystkiego wokół, nie lubię całego świata. Już tak nie chcę! Już dłużej nie wytrzymam! O matko, i to serce, które mi tak łomocze, że wydaje mi się, że zaraz przestanie w ogóle bić, bo po takim galopie, jaki uskutecznia będzie musiało w końcu odpocząć. Jak mam się w tym wszystkim odprężyć? Jak zregenerować siły? Kiedy nawet snu panicznie się boję, bo nie chcę już przeżyć takiego przebudzenia, jak rano…

„Nie panikuj, nie poddawaj się, to herks – słyszę wieczorem w słuchawce od znajomej, która leczenie ma już za sobą. – Pij najwięcej jak się da. Najlepiej wody z cytryną. Jak masz możliwość to pójdź do sauny. Ja od tego nie umarłam. Ty też nie umrzesz”. Akurat. Może ty nie umarłaś, ale ja to co innego. Mnie to na pewno pokona. Ja nie dam rady. I pomyśleć, że sama sobie to robię, sama łykam te cholerne kapsułki, które wyłączają mnie z życia. Tak to ma teraz wyglądać? To po co się leczyć, jeśli przed leczeniem czułam się lepiej niż teraz? Nie wierzę, że to się kiedyś skończy. Nie wierzę, że jest gorzej, żeby mogło być lepiej. Co za gigantyczna bzdura! Jak mogłam w to uwierzyć? Jak mogę sobie coś takiego robić?

A jednak nie odstawiam leków. W rozpaczy, nie wierząc w powodzenie terapii, w jakimś akcie samodestrukcji, jak to wtedy rozumiałam – dzień po dniu łykałam kolejne garści tabletek. I… czuję się coraz gorzej. W końcu, gdzieś po dwóch tygodniach leczenia, przestaję czuć nogi. Tak jakbym ich nie miała… Idę, trzymając się ściany, bo nie wiem, czy moje nogi się poruszają i czy mnie utrzymają… Widzę, że są, ale ich nie czuję… Dzwonię do lekarza prowadzącego – nie odbiera. Piszę – nie odpisuje. Czekanie na kontakt z nim wydaje się wiecznością. W panice telefonuję więc do mojego kolegi lekarza – choć wiem, że kompletnie nie zna się na boreliozie – i pytam, co mam zrobić. „Czyś ty kompletnie zgłupiała? – słyszę. – Chcesz się zabić? Natychmiast odstaw te wszystkie leki”. No to mi pomógł, nie ma co… I co teraz? Co teraz, do jasnej cholery?! Niech mi ktoś powie, co mam zrobić? Niech mi ktoś pomoże!

Usypiam w tym poczuciu paniki, bezradności, osamotnienia, szlochając do poduszki i… „bez nóg”… Nie wiem, czy następny dzień przyniesie jakiekolwiek wytchnienie. I nic mnie to nie obchodzi, chcę choć przez chwilę zamknąć oczy i uciec od tego wszystkiego… Mam dość!

cdn.

Zakleszczona

Kolejny dzień nie przyniósł żadnej spektakularnej poprawy. Udaje mi się jednak skontaktować z lekarzem prowadzącym i zapada decyzja, żeby zmniejszyć dawki jednego z leków. Boję się jednak sprawdzić, jak zachowują się moje nogi i postanawiam pozostać w łóżku. Pewnie gdybym mogła, to nawet z toalety bym zrezygnowała, żeby tylko nie przekonać się znowu, że „nie mam nóg”. Muszę jednak wstać i pójść do łazienki. Siła wyższa…

Siadam więc na łóżku, powoli spuszczam nogi i… coś tam jednak czuję. Są. Jak z waty, ale są. Czuję, że mam nogi. Chwiejnie, bo chwiejnie, ale idę. I czuję, że idę! Uff… Udało się. Nogi „wróciły”. Nie ośmielam się jednak „nadużywać” ich. Wracam szybko do łóżka i… No właśnie, i co? Mam tak leżeć cały dzień? Wstać? Próbować coś robić? Jak mam funkcjonować w tej chorobie, z tym koszmarnym leczeniem? Udawać, że nic się nie dzieje? Oszczędzać się? Poużalać nad sobą? Zająć się domem? Dzieciakami? Póki co, wszystko jest na głowie mojego męża, bo ja w stu procentach skoncentrowałam się na swoim zdrowiu, leczeniu czy raczej chorowaniu. A może za bardzo koncentruję się na sobie? Może ta choroba stała się niepotrzebnie centrum naszego życia rodzinnego? Ale jak się nie koncentrować, kiedy traci się czucie w nogach? Jak się nie koncentrować, kiedy z bólu nie można spać? Jak się nie koncentrować, kiedy serce wali, jak oszalałe?

A może właśnie wówczas najlepiej jest zająć się czymś innym? A raczej kimś. Na przykład dziećmi, mężem. Może skoncentrować się na nich, a nie na chorowaniu? OK, decyzja zapadła, ale jak wprowadzić ją w życie? Oni w pracy, szkole, przedszkolu. Ja w łóżku. Co mogę? Mogę spróbować wstać. Mogę spróbować pomyśleć, co zrobić dla nich, to zajmie mi myśli i nie będę mogła cały czas rozmyślać o tym, co mnie boli i co się za chwilę stanie. Nie mogę odebrać dzieci, bo nie jestem w stanie prowadzić samochodu, nie mogę pójść na zakupy, ale może spróbuję coś ugotować…

Prawdopodobnie nikomu zdrowemu nawet nie przyjdzie do głowy, że ugotowanie obiadu może być wyczynem na miarę zdobycia ośmiotysięcznika. A wierzcie mi, może. Kiedy każdy ruch sprawia trudność, kiedy ręce odmawiają posłuszeństwa, kiedy mięśnie masz tak słabe, że nie możesz utrzymać marchewki w dłoni, żeby ją obrać, to doprowadzenie sprawy do końca w postaci talerza dymiącej zupy jest wyczynem na miarę rekordu Guinnessa. A mnie się tego dnia udało. I pękałam z dumy. Tym bardziej, że zajęło mi to myśli na tyle, że prawie w ogóle nie koncentrowałam się na tym, co boli, co czuję albo czego nie czuję… A może też zmniejszenie dawki leku pomogło na tyle, że herks nieco odpuścił? Może… W każdym razie dzień okazał się nie najgorszy…

No i zaczęłam sobie zdawać sprawę, że w tej chorobie warto doceniać najmniejsze nawet radości, najmniejsze zwycięstwa, takie, na przykład, jak to, kiedy choroba pozwoli ugotować zupę. Ale, żeby nie poprzestać na aż tak przesłodzonym happy endzie, to dzieciaki szybko sprowadziły mnie do parteru, siadając po powrocie do stołu i marudząc: „Zupa? Ohyda! Nie cierpię zup. Nie będę jadł! Fuj!”. Ot, życie 🙂 Ale móc w nim uczestniczyć, brać w nim udział, właśnie w takim jakie jest, a nie słyszeć tylko jego odgłosy zza zamkniętych drzwi sypialni i tak jest szczęściem.

Jest więc o co walczyć, jest więc do czego wracać. I to musi wystarczyć jako źródło siły i motywacji do przejścia przez tę katorżniczą kurację. Nie dam więc za wygraną! Nie poddam się!

Będę zdrowa!

cdn.

Zakleszczona

Postanowiłam, że się nie poddam i tego się trzymałam. Nie poddam się chorobie, nie zwycięży mnie byle herks. Nie pokona mnie trud leczenia. Nie będę narzekać, pytać, dlaczego ja? Nie! Spróbuję żyć. Na tyle, na ile pozwalają mi ograniczenia własnego organizmu. Nie będę się już bać, wymyślać, co się może za chwilę wydarzyć, nie będę odkładać życia na później, kiedy już wyzdrowieję… Może tego „zdrowego później” w ogóle nie będzie…

No dobra, może to już był efekt leczenia. Może to, że ustąpiły czarne myśli, że zobaczyłam światełko w tunelu, to był efekt działania antybiotyków? Ale w gruncie rzeczy jakie to miało znaczenie, ważne, że zachciało mi się żyć. I nie, nie wszystkie objawy ustąpiły, nadal bolały stawy, nadal szalało moje serce… Ale po kilku tygodniach część objawów powoli ustępowała, a te które pozostały wyraźnie zelżały. Wszelkie zmiany w jamie ustnej wygoiły się, nie wybudzałam się już w nocy z lękiem. A co najważniejsze tak jakbym była trochę silniejsza, jakbym miała więcej energii… Dziwne, co? Brać tyle antybiotyków i czuć, że powraca energia, zamiast zmagać się z jakimś megaosłabieniem. A jednak tak było. Sama tego nie rozumiałam, ale cieszyłam się, że coraz więcej mogę.

Na fali tej euforii, zaczęłam planować, co zrobię. Tak się rozmarzyłam, że pierwsza będzie przeprowadzka, później powrót do pracy… A i jeszcze wakacje. Najlepiej nad ciepłym morzem. Tylko cholera, co to jest, że od jakiegoś czasu wciąż pobolewa mnie prawy bok. Nie jakoś intensywnie, nie bez przerwy, ale jednak, coś się tam pod żebrami dzieje. W końcu idę zrobić USG, żeby to sprawdzić, bo z badań krwi wynika, że „próby wątrobowe” są w normie. ”Miała być pani na czczo” – słyszę. No przecież jestem na czczo, o co chodzi? Lekarz jednak nie wierzy i każe przyjść następnego dnia z samego rana. Oczywiście, mam nic nie jeść. „Jadła Pani” – bardziej stwierdza niż pyta zaraz po tym, jak tylko przyłożył głowicę USG do mojego brzucha. Noż do jasnej cholery: „Nic nie jadłam!”. Więc on nie wie o co chodzi, bo mój pęcherzyk żółciowy ma postać naleśnika, a powinien być wypełnionym żółcią balonikiem, a tak nawet nie widać czy są jakieś kamienie w środku albo jakiekolwiek inne draństwo. I co teraz? Co mam z tym zrobić? Przyjść jeszcze kilka razy na badanie. Przychodzę. Każde wygląda tak samo. W końcu słyszę, że to w takim razie dyskineza pęcherzyka żółciowego. I że można z tym żyć.

Rzecz jednak w tym, że mnie to coraz częściej boli, z czasem ból jest coraz silniejszy. W końcu dostaję tak silnego ataku, że żadne środki przeciwbólowe, które mam w domu, nie dają mu rady. Trafiam do chirurga. A jak chirurg, to wiadomo: będzie chciał ciąć. I chce. Bezsprzecznie, bez dwóch zdań, bez cienia wątpliwości. Próbowałam z nim negocjować, ale o czym rozmawiać z chirurgiem, dla którego jedynym rozwiązaniem jest stół operacyjny? To jak negocjacje z terrorystą. Choć ostatecznie, oczywiście, to ja sama muszę podjąć decyzję, czy się na to piszę czy nie. I wydawało mi się, że raczej nie chcę operacji, ale kolejny atak bólu (jeszcze silniejszy niż poprzedni) diametralnie zmienił moje zdanie. Byłam gotowa błagać, żeby mnie pokroili i jeszcze cmoknąć w rączkę w ramach dziękczynienia, żeby tylko to się już nigdy więcej nie powtórzyło.

Zdjęcie ilustracyjne

Ale nawet od tak piekielnego bólu, było w tej sytuacji coś jeszcze gorszego: musiałam odstawić wszystkie antybiotyki. I pozostałe leki, także zioła. Rany, w końcu zaczęłam lepiej się czuć (nie licząc problemów z pęcherzykiem), w końcu objawy zaczęły ustępować, w końcu psychicznie odżyłam i taki klops! Panicznie bałam się, że wszystko wróci, więc jeśli już ma być ta operacja, to niechże będzie jak najszybciej, zanim zaczną wracać mi objawy. Żeby przerwa w leczeniu nie była zbyt długa.

Po trzech miesiącach terapii, w oczekiwaniu na cholecystektomię (jak w medycznym języku nazywa się usunięcie pęcherzyka żółciowego), odstawiam wszystkie leki. I o wiele, wiele bardziej niż operacji, boję się nawrotu objawów boreliozy. Za nic nie chcę wrócić do stanu sprzed leczenia. A doskonale wiem, że wybijanie krętków nie jest dokończone. I że bez leków jestem absolutnie bezbronna. Wydana na ich żer.

cdn.

Zakleszczona

Pobyt w szpitalu i operacja to jednak nie jest to, co tygryski lubią najbardziej. I w ogóle całe to chorowanie i to leczenie (ciągle pod górkę) naprawdę zaczynało mnie wkurzać. Może w końcu coś mogłoby pójść bezproblemowo? Tak dla odmiany. Tak po prostu zwyczajnie: jestem chora – biorę leki – jestem zdrowa. Ale ten schemat, jak widać, nie działał w przypadku boreliozy. W każdym razie nie w przypadku mojej boreliozy.

Leżałam więc sobie obolała po operacji i już nawet nie miałam siły się złościć. Za to całą masę czasu na rozmyślanie, co dalej… No właśnie, co dalej? Wrócić do antybiotyków? Pęcherzyk żółciowy wysiadł mi od boreliozy? Od leków? Z innego powodu? Przypadek? I kiedy będę mogła wrócić do leczenia boreliozy? I jakiego leczenia? Bo leżąc na tym łożu pooperacyjnej boleści, zrobiła mi się w głowie jakaś blokada przed leczeniem antybiotykami. Może niesłuszna, niepotrzebna, nieracjonalna, ale jednak. Stała się faktem. I mimo iż wiedziałam, że wielu chorych leczy się o wiele dłużej antybiotykami (niekiedy latami), ja się bałam powrotu do tego. Z drugiej jednak strony wiedziałam, że nie mogę pozostać zupełnie bez leków.

Czułam się, jak w potrzasku. Zapędzona w kozi róg, przyparta do muru, w pułapce bez wyjścia. Panicznie bojąca się powrotu do leczenia antybiotykami, z drugiej strony zdająca sobie sprawę, że nie mogę w ogóle się nie leczyć. Czułam się absolutnie bezbronna i zagubiona. I totalnie samotna w tej mojej chorobie. Do granic możliwości osamotniona w podejmowaniu decyzji dotyczących mojego zdrowia, a więc i całego mojego życia. Najbliżsi mogli mnie tylko wysłuchiwać. Towarzyszyć, ale tak naprawdę wszystkie decyzje i tak należały do mnie, tak jak konsekwencje tych decyzji (choć po części spadały na całą rodzinę). No i choroba była tylko i wyłącznie moja. I choćby nie wiem jak osoby wokół mnie chciały być w tym ze mną, z niepokojem, bólem, trudem decyzji „co dalej” koniec końców zawsze musiałam zostać sama.

Więc i tym razem, dochodząc do siebie po operacji, samodzielnie podjęłam decyzję, że nie wrócę do leczenia antybiotykami. Musi być jakiś inny sposób. Choć jeszcze go nie znałam. To jednak, że go nie znałam, nie znaczyło, że nie istnieje. Muszę tylko dobrze poszukać. A że miałam czas, przeczesywałam Internet. Najpierw fora chorych na boreliozę, potem angielskojęzyczne materiały, aż dotarłam do wzmianki, że są jakieś zioła. Że niektórzy zamiast antybiotyków stosują zioła.

fot. Anna Kryśkowiak

Ha, zatem jest dla mnie nadzieja! Coś tam można znaleźć oprócz antybiotyków. Tylko, jak się do tego zabrać, kiedy w Polsce nikt o tym nic pewnego nie wie? No może tylko tyle, że te zioła nie są u nas dostępne… Ale skoro złapałam już ten trop, to nie mogę go już wypuścić z rąk. Choć na razie nie mam pojęcia, o jakie zioła chodzi, gdzie je zdobyć, jak dawkować?

Ale nic to. Wstępuje we mnie nowa nadzieja, jakiś nowy zapał do działania. Znowu widzę światełko w tunelu. Znowu w głębi duszy zaczyna tlić się myśl, że wszystko będzie dobrze… Po prostu mam głębokie przekonanie, że to jest to, czego mam się trzymać. Tak, wiem, że to czepianie się „dziwnej” nieznanej terapii i rezygnacja z pomocy lekarskiej dla wielu może nie najlepiej świadczyć o mojej kondycji psychicznej. Ci jednak, którzy doświadczyli ciężkiej przewlekłej choroby, która zabiera radość młodości i skutecznie wyłącza z życia, wiedzą, że pójdą za wszystkim, co da choć cień szansy na powrót do normalności. Do życia bez choroby. Nawet, jeśli istnieje niebezpieczeństwo, że może okazać się to ślepą uliczką…

Ja jednak w tych ziołach zobaczyłam szansę dla siebie. I choć sporo czasu zajęło mi dojście do tego, że do ziół muszę jeszcze dodać nazwisko „Buhner”, to nie chciałam już zejść z tej ścieżki, dopóki nie dotrę do pełnej informacji i nie wykorzystam jej w swoim leczeniu. Czułam, że warto. Choć w Polsce mało kto znał wówczas to nazwisko. Zupełnie inaczej niż dziś.

cdn.

Zakleszczona

Kiedy już postanowiłam, że nie wracam do antybiotyków; kiedy już wiedziałam, że wypróbuję rozprawić się z moją boreliozą ziołami, zaczęłam działać z nową energią. Po pierwsze, przeczesywałam Internet w poszukiwaniu informacji, jakie to mają być zioła, w jakich dawkach. Ryłam w archiwalnych zapisach na forach chorych na boreliozę. Tam trafiłam na ślad, że ktoś sprowadzał ze Stanów Zjednoczonych Andrografis, Cat’s Claw i Resweratrol… A więc tego mam szukać? Ale gdzie? Osoba, która to napisała była już na forum nieaktywna… Były co prawda sklepy internetowe w Stanach Zjednoczonych, gdzie można było kupić te zioła, ale… nie było możliwości zamówienia ich z wysyłką do Polski.

Czyli było już tak blisko i znowu klapa. Ale dobra, wiem już, czego szukam, jakoś dam radę… Postanowiłam, że się nie poddam. Będę się o nie starała do skutku. A dopóki dam radę funkcjonować, nie wrócę do antybiotyków. Wciąż nie ustawałam w poszukiwaniu źródła, gdzie mogę te zioła zdobyć, ale także w poszukiwaniu sprawdzonych informacji, jak je stosować. Sprawy nie ułatwiał mi fakt, że nie znałam angielskiego. A mimo to przeczesywałam angielskojęzyczne strony… Tłumacz musiał mi wystarczać.

Czujecie jednak to szaleństwo, tę desperację, tę walkę o powrót do zdrowia? Kilkanaście lat nieustannego zmagania się z bólem, zmęczeniem, wciąż nowymi objawami sprawiły, że wiedziałam, że mam tylko dwa wyjścia: poddać się, czyli położyć do łóżka z poczuciem, że już nic się nie da zrobić i wyrazić zgodę na wyłączenie z normalnego życia albo walczyć do upadłego o zastosowanie nowej terapii, która dawała nadzieję na wyzdrowienie lub chociażby takie zniwelowanie objawów, które nie przeszkadzałoby w miarę normalnie funkcjonować – bez gorączki, bez bólu (albo z takim, który się dałoby się wytrzymać) bez „ataków” serca…

Prawdę mówiąc, doskonale zdawałam sobie sprawę, że tak naprawdę NIE MAM WYBORU. Muszę dopiąć swego. A że dla chcącego podobno nic trudnego (no z tym „nietrudnym” to bym nie przesadzała…), to ponieważ byłam bardzo „chcąca” w końcu sprawy zaczęły się pomalutku układać… Najpierw mój znajomy anglista zaproponował mi pomoc w przeczesywaniu angielskojęzycznych stron i dotarł do wiarygodnych informacji o całym schemacie leczenia według Buhnera i przetłumaczył mi co ważniejsze informacje o podstawowym schemacie leczenia. Wiedziałam już jak stosować zioła. Problemem jednak nadal były same zioła. W Polsce nie do kupienia.

Tutaj jednak też zadziałał cudowny zbieg okoliczności. Miałam służbowe kontakty z Polakiem mieszkającym w Stanach Zjednoczonych. I po prostu postanowiłam go zapytać, czy nie mógłby tych ziół zamówić w ich sklepie internetowym, po czym wysłać mi do Polski. Tak, tak DESPERACJA to było moje drugie imię. Nie miałam nawet skrupułów wykorzystać kontakty służbowe do swoich osobistych celów. Aż trudno w to uwierzyć, ale w ten sposób, dzięki uprzejmości obcego faceta zdobyłam pierwszą partię upragnionych leków ziołowych.

Minęło ładnych kilka miesięcy od momentu, kiedy dowiedziałam się o ziołach Buhnera, do czasu, kiedy zdobyłam informacje, jak je stosować i kiedy w końcu różnokolorowe pełne tabletek i kapsułek opakowania leżały na moim kuchennym stole. Tym samym, który jakiś czas temu pokryty był stosem antybiotyków. Stół co prawda ten sam, ale emocje jednak skrajnie różne. Wówczas płakałam przerażona, teraz byłam przeszczęśliwa. I pełna nadziei. Pewnie bardzo naiwnej, ale wydawało mi się, że skoro zdobycie tych ziół wymagało tyle wysiłku, to znaczy, że muszą pomóc… Nie zaprzątałam sobie wtedy głowy takim drobiazgiem, jak zastanawianie się skąd wezmę kolejną partię? (Tak, wiem, że teraz, kiedy zioła Buhnera są dostępne na każdym kroku trudno uwierzyć, że kiedyś były takie trudności z ich zdobyciem).

Tym razem, inaczej niż w przypadku antybiotyków, nie odkładałam niczego na później i od razu rozpisałam sobie, jak będę je stosować, kiedy zwiększać dawki, ile czasu zajmie mi dojście do maksymalnych dawek i kiedy teoretycznie zakończę leczenie… W ogóle nie zakładałam, że coś może pójść nie tak, a mój plan może nie wypalić.

O naiwności!

cdn.

Zakleszczona

Po kilkunastu latach chorowania na boreliozę. Po kilku miesiącach multiantybiotykoterapii. Po operacji usunięcia pęcherzyka żółciowego, zaczęłam kurację ziołami według Buhnera. Na pierwszy ogień poszedł Resweratrol. Łyknęłam tabletkę, która wyglądała, jak mocno sprasowany proszek. Buhner polecał ją jako jedną z opcji (dawał do wyboru różne źródła zakupu). Nie spodziewałam się jednak jakiejkolwiek reakcji…

A reakcja była. I to jaka! Nie tylko mnie zaskoczyła, ale przede wszystkim mocno wystraszyła. Zaczęło mi bowiem mocno kołatać serce, drżały mi mięśnie, kręciło mi się w głowie, miałam trudności z oddychaniem, ucisk w klatce piersiowej… Jednym słowem naprawdę porządnie się wystraszyłam. A ponieważ stało się to niedługo po tym, jak zażyłam Resweratrol wydawało mi się jasne, że to on może być przyczyną tego złego samopoczucia. Bałam się więc zażyć następną tabletkę. Postanowiłam więc, że nie wezmę kolejnej tego dnia, a następnego dnia zamiast całej, spróbuję wziąć pół tabletki…

Tak też zrobiłam. Niestety, reakcja była podobna, ale już nie taka gwałtowna. Nie wiedziałam, czy to moja nietolerancja tego zioła (Resweratrol był nazwą handlową, a tak naprawdę to łykałam sproszkowany korzeń Rdestu ostrokończystego, którego jednym ze składników jest substancja zwana resweratrolem), czy jakaś reakcja niepożądana, czy być może herks. Ponieważ nie było pewności, a nie miałam kogo zapytać, postanowiłam (biorąc pod uwagę, że kiedy zażyłam całą tabletkę reakcja była gwałtowniejsza niż wtedy, kiedy wzięłam połówkę), że póki co będę łykała pół tabletki i zobaczę, co się będzie działo… Tak, wiem, ryzyko. Ale czy miałam wyjście? Albo kogoś, kto mógłby mi poradzić, co robić? Kogoś, kto wziąłby odpowiedzialność za moje leczenie. Oficjalny system zdrowia mnie wypluł. Według oficjalnych kryteriów nie byłam chora. Kolejni specjaliści patrzyli na mnie z politowaniem, kiedy po raz kolejny opisywałam swoje objawy i wskazywałam na boreliozę. Dla nich już ją „przechorowałam”, a do objawów trzeba się przyzwyczaić i żyć z nimi…

Jaki więc miałam wybór, jeśli nie wziąć sprawy w swoje ręce, nawet jeśli było to ryzykowne? Nie chciałam się poddać, więc łykałam pół tabletki dziennie Resweratrolu, zamiast trzech. Za każdym razem reakcja była podobna – serce się nie uspokajało. Po tygodniu zaczęłam się poddawać… Byłam tak zagubiona, bo przecież taką nadzieję pokładałam w tych „ziołach Buhnera”… Nie wiedziałam, co robić. Postanowiłam jednak, że póki co odstawię zupełnie Resweratrol i zacznę łykać Koci pazur. Na szczęście, z nim poszło mi lepiej. Zażyłam jedną kapsułkę i żadnych rewelacji, więc następnego dnia wzięłam rano i wieczorem. Też OK. Trzeciego dnia zażyłam już trzy kapsułki: rano, w południe i wieczorem. Uff… jaka ulga – nic niepokojącego się nie wydarzyło. To mogłam brać bez zbędnych sensacji. Tylko jak dojdę do dawek 4×4 wszystkich ziół, które zgodnie z moją wiedzą dopiero wtedy były dawkami terapeutycznymi? A przecież trzy podstawowe zioła to i tak za mało… Dowiedziałam się, że do Resweratrolu, Andrografisu i Kociego pazura powinnam jeszcze dołożyć Sarsaparillę i Żeń-szeń syberyjski… Jak ja sobie z tym poradzę? Jak zareaguje mój organizm, jeśli na pół tabletki Resweratrolu zareagował tak gwałtownie?

Postanowiłam jednak – iście jak Scarlett O’Hara – że pomyślę o tym później 🙂 Że później będę się tym martwić, teraz skupię się raczej na zażywaniu Kociego pazura, a po tygodniu na próbie wprowadzenia Andrografisu. Co ma być to będzie… Choć zdawałam sobie sprawę, że takie tempo wprowadzania ziół nie gwarantuje szybkiego wyleczenia.

Ale jaki miałam wybór?

cdn.

Zakleszczona

2 komentarze

  1. Martyna
    4 miesiące ago

    Jest w sprzedaży dostępnych wiele preparatów, które skutecznie odstraszają kleszcze. Nie oznacza to jednak, że możemy sobie pozwolić na nieostrożność w tym temacie, zwłaszcza przebywając na wakacjach. W razie niepokojących objawów zawsze należy skontaktować się z lekarzem, tutaj można zobaczyć jak może wyglądać rumień po ukąszeniu kleszcza: https://boreliozaonline.pl/jak-wyglada-rumien-wedrujacy/

    Odpowiedz
    1. m
      4 miesiące ago

      Żaden preparat nie ma stuprocentowej skuteczności. A lekarze wielokrotnie problem lekceważą, niestety.

      Odpowiedz

Napisz komentarz

BORELIOZA — choroba z Lyme